Potwory w Tokio – Kościana demolka

Całkiem niedawno środowisko polskich graczy obiegła wiadomość na temat przyznania nagrody Gry Roku 2014. Zwycięzcą plebiscytu została gra Potwory w Tokio, która w ubiegłym roku ukazała się nakładem wydawnictwa Egmont. Stwierdziłem więc, że to doskonała okazja, by podzielić się swoimi wrażeniami związanymi z grą Richarda Garfielda, a osoby które nie miały styczności z wyżej wymienioną pozycją, zachęcić do jej poznania. Zapraszam zatem do Tokio.

Kości w dłoń!

Przyglądając się tematyce gry – wcielamy się w potężne bestie, które ni stąd, ni zowąd pojawiają się w stolicy Japonii w celu zniszczenia wszystkiego co spotkają na swojej drodze i zyskania miana Króla Tokio. A, że potworów jest kilka to i bezpośrednie starcie między nimi jest nieuniknione. Trzeba przyznać, że pomysł jest bardzo ciekawy i oryginalny. Sam temat jednak potraktowany został z przymrużeniem oka, ale zdecydowanie wyszło to grze na plus.

Po uprzednim przygotowaniu elementów gry, wyborze jednego z sześciu dostępnych potworów i dobraniu odpowiadającej mu planszetki, na której zaznaczamy początkowy poziom życia (10) oraz liczbę punktów zwycięstwa (0) możemy przejść do rozgrywki.

Zabawa toczy się w turach, w których gracze po kolei rzucają sześcioma specjalnymi kośćmi. Każda z nich posiada sześć różnych symboli i to one decydują jakie działania będziemy mogli podjąć naszym monstrum. Każdy wyrzucona łapa zadaje jedno obrażenie, a każde serce – przywraca jeden punkt życia. W grze mamy również karty, które służą do rozwijania specjalnych zdolności naszego stwora (np. dodatkowa kość podczas rzutów) czy dokonywania efektownych zniszczeń w Tokio, za które otrzymamy dodatkowe punkty zwycięstwa. Do ich zakupu służą kostki energii, a te zdobywamy wyrzucając na kościach symbole błyskawicy.

Ostatnie trzy symbole to cyfry 1, 2 oraz 3. Fabularnie służą do niszczenia Tokio, mechanicznie – jak nie trudno się domyślić – przynoszą punkty. Tutaj jednak sprawa wygląda nieco inaczej, bo aby zdobyć wskazaną na kości wartość punktową należy uzyskać trzy identyczne cyfry, a każda kolejna zapewni jeden dodatkowy punkt. Przykładowo, cztery „dwójki” przyniosą nam 3 punkty, a trzy „jedynki” – jeden punkt.

Mając prawo do maksymalnie dwóch przerzutów dowolnie wybranych kości, w każdej turze staramy się osiągnąć pożądane przez nas kombinacje symboli, których efekt następnie wprowadzamy w życie.

Nasze pupile starają się zniszczyć wszystko co spotkają na swojej drodze, ale cel naszego ataku zależy od miejsca, w którym znajduje się nasze monstrum. Będąc w centrum Tokio (podczas rozgrywki 5-6 osobowej dostępna jest również Zatoka) atakujemy wszystkich poza miastem. Chęć wkroczenia do centrum wzbudza również fakt, iż w ten sposób otrzymamy dodatkowe punkty zwycięstwa. Niestety dominacja w Tokio to też ogromne zagrożenie. Kiedy my atakujemy wszystkich dookoła – pozostali zadają obrażenia wyłącznie nam, co bardzo szybko może zgasić nasz desperacki zapał niszczenia wszystkiego co popadanie. Mało tego,  w Tokio nie możemy korzystać z uzyskanych na kostkach symboli serc, więc niejednokrotnie po przyjęciu obrażeń będziemy zmuszeni czmychnąć z miasta, wyleczyć rany i przygotować się do kolejnej demolki. W takiej sytuacji nasze miejsce zajmuje oczywiście gracz, który zadawał obrażenia.

Rozgrywka trwa – gracze naprzemiennie rzucają kośćmi i wykonują akcje do momentu aż niespełniony zostanie warunek zwycięstwa. Król Tokio może być  tylko jeden, a zostaje nim gracz, który jako pierwszy zgromadzi 20 punktów zwycięstwa bądź zostanie jedynym żywym stworem na placu boju – staje się to wówczas, gdy poziom życia pozostałych potworów spadnie do zera. Wyeliminowanemu graczowi nie pozostaje nic innego, jak przyglądać się rozgrywce i czekać na nową partię. Z doświadczenia mogę zapewnić, że ta druga opcja sprawdza się znacznie częściej. Spuszczenie przeciwnikom łomotu sprawia po prostu zbyt wiele satysfakcji.

Decydujące starcie

Jak widać, Potwory w Tokio to tytuł o bardzo prostych zasadach. Decyzje w grze sprowadzają się głównie do wyboru kostek jakie chcemy przerzucić, aby uzyskać pożądane symbole oraz zakupu odpowiednich kart. Gra jest szybka i dynamiczna. Tury graczy przebiegają bardzo sprawnie, co nie pozwala nudzić się pozostałym graczom. Sama rozgrywka z kolei nie przekracza zwykle 25 minut. W grze pełno jest złośliwości i negatywnej interakcji. Będąc w Tokio i widząc, że atakuje nas mocno osłabiony potwór możemy celowo wpuścić go na nasze miejsce, by stał się celem innych graczy.

Rzucanie kostkami dostarcza mnóstwo emocji i przyjemności, a decydujący cios zadany rywalom powoduje głośny okrzyk radości – okrzyk prawdziwego Króla Tokio. Gruba talia kart zapewnia nam również unikalność każdej rozgrywki, a same zdolności potrafią naprawdę sporo namieszać.

Jeśli miałbym wymienić wady to na myśl przychodzi mi głównie wariant dwuosobowy, który po pierwsze jest nudny, a po drugie – zwyczajnie nie ma sensu. Potwory to zdecydowanie gra od trzech osób. A losowość? Oczywiście, ma ona niebagatelny wpływ na rozgrywkę i często decyduje o wygranej bądź przegranej – dlatego tytuł ten należy traktować przede wszystkim jako dobrą, niezobowiązującą zabawę. Czasem zdarzy się, że już na samym początku zostaniemy wyeliminowani i będziemy musieli czekać na nową partię. Na szczęście nie trwa to zbyt długo, a w tym czasie można spokojnie skonsumować kawałek (albo i dwa) dobrego ciasta.

Wizerunek Potwora

Omawiając Potwory w Tokio nie sposób jest nie wspomnieć o samym wykonaniu gry. W pudełku zawierającym plastikową wypraskę znajdziemy przede wszystkim małą planszę Tokio, osiem dużych, żłobionych kości, talię kilkudziesięciu porządnych kart, figurki potworów oraz odpowiadające im specjalne plansze wykonane z porządnej, grubej tektury. Całość sprawia świetne wrażenie.  Rewelacyjna, komiksowa oprawa graficzna powinna spodobać się każdemu.

Podsumowanie

Mimo kilku drobnych wad gra urzekła mnie od pierwszego kontaktu. Szybka, wciągająca, emocjonująca – taka jest właśnie rozgrywka w Potwory w Tokio. Do tego całość jest pięknie wydana, co ze zwykłej kościanki czyni pozycję wyjątkową. Gra ma w sobie coś niezwykłego. Coś, co sprawia, że za każdym razem mam ochotę na rewanż, a później na kolejną partię, itd. Jeśli stawiacie przede wszystkim na dobrą zabawę to z czystym sumieniem mogę polecić ten tytuł. Decyzja kapituły o przyznaniu tytułu Gry Roku 2014 jest w pełni uzasadniona. Potwory w Tokio z powodzeniem mogą promować współczesne planszówki wśród nowych, nieobeznanych jeszcze w naszym hobby ludzi.

0 Udostępnień